Poszukiwanie mieszkania przez studentów

Jako studentka trzeciego roku Uniwersytetu Warszawskiego, mogę śmiało uznać się za osobę będącą ekspertem w dziedzinie wynajmu mieszkań i pokoi w Warszawie. Tym bardziej, że zmieniam lokum już po raz piąty. Wynika to przede wszystkim z różnych kolei losu, życiowych perypetii i niedogadywania się ze współlokatorkami. W każdym razie – wydawać by się mogło, że warszawski rynek mieszkaniowy nie ma dla mnie tajemnic, jednak okazuje się, że niestety wcale tak nie jest. Warszawski student ma do wyboru dwie podstawowe opcje – wynajmować mieszkanie w Śródmieściu i nie mieć już pieniędzy nawet na jedzenie lub mieszkać odrobinę dalej i nie pozwolić się zagłodzić. Jednak w przypadku Warszawy owa „odrobina dalej” oznacza godzinne dojazdy do centrum oraz pół życia spędzonego w autobusie stojącym w korku. Znalezienie odpowiedniego mieszkania wcale nie jest rzeczą łatwą, także ze względu na potencjalnych współlokatorów, z którymi niejednokrotnie człowiek nie jest w stanie się porozumieć nawet w tak podstawowych kwestiach jak zmywanie po sobie naczyń. Osobną kwestią są warunki mieszkaniowe – te również potrafią być różne. Jak łatwo się domyślić, nic nie ma w życiu za darmo i jeśli na wyposażeniu mieszkania znajduje się skórzana kanapa i zmywarka, to odbija się to odpowiednio na czynszu, który rośnie w zastraszającym tempie, wręcz na naszych oczach. A jest niebotycznie wysoki nawet w przypadku, kiedy nie mamy zmywarki i skórzanej kanapy, a nawet tak podstawowych sprzętów jak łóżko czy pralka. Spotkałam się z panią, która próbowała usilnie mi wmówić, że ona całe życie nie miała pralki oraz że jest to sprzęt absolutnie zbędny, który zakłóca przepływ dobrej energii w mieszkaniu. Jakby ta energia mogła się tam gdzieś jeszcze zmieścić… Dwie osoby w pokoju tworzyły tłok nie do przezwyciężenia. Jak widać, bywa różnie – ale zasadniczo można pokusić się o stwierdzenie, że zbyt ciekawie nie jest. Zawsze jednak pozostaje opcja trzecia w postaci akademika. Ale to rozwiązanie dla osób o mocnych nerwach.